
OZE w Polsce przestały być obietnicą na przyszłość. To już realna część systemu energetycznego. Teraz pytanie nie brzmi: „czy odnawialne źródła energii się rozwiną?”, ale: „czy sieci, przepisy, magazyny i lokalne społeczności nadążą za tempem tej zmiany?”. O drugim etapie transformacji, biogazie, biometanie i o tym, dlaczego potrzebujemy optymizmu opartego na faktach, rozmawiamy z dr hab. inż Agnieszką Pilarską, prof. UPP z Wydziału Inżynierii Środowiska i Inżynierii Mechanicznej Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu
Jacek Szczęsny: Pani Profesor, zacznijmy od najprostszego pytania. Czy Polska naprawdę nie jest już na starcie, jeśli chodzi o odnawialne źródła energii?
Dr hab. inż. Agnieszka Pilarska: Nie, nie jesteśmy już na starcie. I to jest chyba najważniejsza zmiana w tej rozmowie. Jeszcze niedawno odnawialne źródła energii były w Polsce traktowane przez część osób jako dodatek do „prawdziwej” energetyki. Dziś są już jej pełnoprawną częścią.
Widać to w danych. Na koniec 2025 roku udział OZE w mocy zainstalowanej w Polsce wyniósł 50,04 %, a łączna moc instalacji odnawialnych osiągnęła 37 777 MW. W całym 2025 roku z OZE pochodziło niemal 55 tys. GWh energii elektrycznej, czyli 31,41 % krajowej produkcji. Oznacza to, że niemal co trzecia kilowatogodzina wyprodukowana w Polsce pochodziła ze źródeł odnawialnych. I jest to realny element systemu. Ale od razu dodam: sukces OZE nie oznacza, że możemy odetchnąć i powiedzieć „sprawa załatwiona”. Przeciwnie. Wchodzimy w trudniejszy, bardziej dojrzały etap.
Co Pani rozumie przez ten „dojrzalszy etap”?
Na początku najważniejsze było pytanie: czy w Polsce w ogóle powstaną odnawialne źródła energii na dużą skalę? Dziś odpowiedź już znamy. Powstały i dalej powstają. Teraz pytanie jest inne: czy system energetyczny potrafi tę energię przyjąć, przesłać, zmagazynować i wykorzystać wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebna.
To jest zasadnicza zmiana. Sama budowa nowych mocy nie wystarczy. Potrzebujemy sieci, magazynów energii, elastycznego odbioru, stabilnych przepisów, lokalnych modeli energetycznych i źródeł, które mogą uzupełniać słońce i wiatr. Bez tego możemy dojść do paradoksu – będziemy mieli coraz więcej zielonej energii, ale nie zawsze będziemy w stanie dobrze ją wykorzystać.
Czy ten problem już widać w praktyce?
Tak. Dobrym przykładem są nierynkowe ograniczenia generacji z OZE, czyli sytuacje, w których operator systemu nakazuje czasowo zmniejszyć produkcję farm wiatrowych lub fotowoltaicznych. Rekord padł w kwietniu 2026 roku, kiedy ograniczono 344 GWh energii elektrycznej. W maju ograniczono kolejne 232,7 GWh, a łączna wartość od początku roku wzrosła do 875,1 GWh. Jak dotąd wynikało to z przyczyn bilansowych, a nie sieciowych.
I tu trzeba być precyzyjnym: to nie znaczy, że „OZE jest problemem”. To znaczy, że system energetyczny musi się szybciej uczyć pracy z dużą ilością źródeł zależnych od pogody. Mówiąc prościej: słońce i wiatr potrafią dziś dostarczyć dużo energii, ale system musi mieć możliwość jej odbioru, przesunięcia w czasie albo zużycia lokalnie. Dlatego tak ważne są magazyny, elastyczny popyt, eksport, ciepłownictwo, niższe minima pracy źródeł konwencjonalnych
i dobrze zaplanowane sieci.
Czyli największym wyzwaniem nie jest już sama produkcja energii, tylko jej integracja
z systemem?
Dokładnie. I to jest bardzo ważny punkt także dla branży. W pierwszym etapie transformacji patrzyliśmy głównie na moc zainstalowaną: ile mamy fotowoltaiki, ile wiatru, ile nowych projektów. Dziś równie ważne są pytania: gdzie ta energia powstaje, czy jest tam sieć, czy mamy magazyn, czy odbiorca może zużyć energię lokalnie, czy ciepłownictwo może ją wykorzystać, czy przemysł może przesunąć część zużycia na godziny tańszej energii. Nowoczesna energetyka to nie jest już tylko produkcja, raczej zarządzanie całym układem.
A jak Polska wypada na tle Europy? Jesteśmy spóźnieni czy przyspieszamy?
Jedno i drugie. Polska przez lata była bardzo mocno oparta na węglu, więc startowała z trudniejszego miejsca niż wiele państw europejskich. Nadal mamy dużo do zrobienia, w sieciach, w elastyczności systemu, w magazynach, w ciepłownictwie, w ograniczaniu emisyjności całej gospodarki. Ale jednocześnie nie można mówić, że w Polsce nic się nie dzieje. Dzieje się bardzo dużo. Polska wykonała wyraźny krok naprzód w rozwoju OZE. Teraz jednak musimy przejść od wzrostu ilościowego do jakościowego. Polska przestała już pytać, czy OZE ma sens. Dziś najważniejsze jest to, jak zorganizować system, aby energia odnawialna rzeczywiście służyła gospodarce i ludziom.
Wspomniała Pani o przepisach. Co dziś jest najważniejsze z punktu widzenia branży?
Branża patrzy przede wszystkim na przyłączenia, magazyny energii, cable pooling, biogazownie i przewidywalność regulacyjną. 30 kwietnia 2026 roku weszła w życie, co do zasady, ustawa z 13 marca 2026 roku o zmianie ustawy – Prawo energetyczne oraz niektórych innych ustaw, przygotowana wcześniej jako projekt UC84 i określana w branży jako ustawa sieciowa. Według Ministerstwa Energii ma ona usprawniać proces przyłączania do sieci, przyspieszać inwestycje i tworzyć bardziej przewidywalne warunki dla rozwoju OZE, magazynów energii oraz biogazowni.
To jest kierunek potrzebny, ale ja byłabym ostrożna z ogłaszaniem przełomu już w dniu wejścia przepisów. Prawo może stworzyć lepsze warunki. Natomiast o prawdziwym efekcie zdecyduje praktyka: decyzje operatorów, tempo procedur, akty wykonawcze, finansowanie i to, czy inwestorzy rzeczywiście zobaczą większą przewidywalność.
A cable pooling? To pojęcie pojawia się coraz częściej, ale dla wielu osób nadal brzmi technicznie.
Bo jest techniczne, ale sama idea jest bardzo zdroworozsądkowa. Oznacza współdzielenie jednego miejsca przyłączenia i infrastruktury przyłączeniowej przez kilka instalacji, na przykład farmę fotowoltaiczną, elektrownię wiatrową i magazyn energii, przy takim sterowaniu ich pracą, aby nie przekraczać uzgodnionych parametrów przyłączenia.
Fotowoltaika produkuje najwięcej w dzień, wiatr często ma inny profil pracy, a magazyn może przyjąć nadwyżki i oddać energię później. Jeśli dobrze to zaprojektujemy, jedno przyłącze może być wykorzystane efektywniej niż wtedy, gdy każda instalacja działa osobno. Dla Polski to ważne, ponieważ sieć jest jednym z kluczowych ograniczeń. Nie zbudujemy jej od nowa w rok czy dwa. Trzeba ją rozbudowywać, ale równocześnie mądrzej wykorzystywać to, co już istnieje.
Czy magazyny energii staną się obowiązkowym elementem rozwoju OZE?
Nie każda instalacja musi mieć własny magazyn, ale cały system musi mieć więcej elastyczności. Magazyny są jednym z najważniejszych narzędzi, ale nie jedynym. Przy dużej ilości fotowoltaiki pojawiają się nadwyżki energii w środku dnia. Przy wietrze mamy inne okresy wysokiej produkcji. Magazyn pozwala przesunąć energię w czasie, ale elastyczność mogą zapewniać także odbiorcy przemysłowi, ciepłownictwo, pompy ciepła i taryfy dynamiczne. Natomiast klastry oraz spółdzielnie energetyczne mogą koordynować lokalne wytwarzanie, zużycie i bilansowanie energii.
To bardzo ważne, ponieważ transformacja energetyczna nie polega wyłącznie na budowie nowych źródeł. Jej istotą jest także stworzenie systemu, który potrafi elastycznie reagować na zmieniające się warunki.
I w tym miejscu wchodzi biogaz?
Tak. Biogaz jest mniej widowiskowy niż wiatraki czy fotowoltaika, ale bardzo ciekawy systemowo. Może być jednym z bardziej przewidywalnych i sterowalnych elementów lokalnego miksu.
Słońce i wiatr są znakomite, ale zależą od pogody. Biogazownia, jeśli ma zapewnione substraty, odpowiednio zaprojektowany układ magazynowania biogazu i właściwy model pracy, może produkować energię elektryczną i ciepło w sposób bardziej stabilny. Po usunięciu dwutlenku węgla i zanieczyszczeń oraz doprowadzeniu gazu do wymaganych parametrów jakościowych otrzymujemy biometan, który może zastępować gaz ziemny w odpowiednich zastosowaniach.
To dobrze pasuje do polskich warunków: rolnictwa, przemysłu rolno-spożywczego, oczyszczalni ścieków, gospodarki odpadami organicznymi. Biogaz może łączyć energetykę, rolnictwo i gospodarkę obiegu zamkniętego.
Czyli biogazownie mogą być takim lokalnym bohaterem transformacji?
Tak, ale warto powiedzieć to precyzyjnie: lokalnym bohaterem, nie samotnym zbawcą. Biogaz nie zastąpi fotowoltaiki ani wiatru. Może je uzupełniać. I właśnie w tym tkwi jego siła. Fotowoltaika i wiatr dają skalę, a biogaz może dawać lokalną stabilność, ciepło i zagospodarowanie odpadów organicznych.
Dobrze zaprojektowana biogazownia może być dla gminy czymś więcej niż instalacją energetyczną. Może pomóc uporządkować strumień odpadów, dostarczać ciepło, wspierać lokalnych rolników i wytwarzać poferment, który, zależnie od zastosowanych substratów, składu oraz spełnienia wymagań jakościowych i prawnych , może być wykorzystany nawozowo. Ale żeby tak było, projekt musi być rzetelnie przygotowany i uczciwie wyjaśniony mieszkańcom.
A potencjał biometanu w Polsce? Często słyszymy, że jest ogromny.
Potencjał jest duży, ale trzeba ostrożnie obchodzić się z liczbami. W dokumentach towarzyszących aktualnemu Krajowemu Planowi w dziedzinie Energii i Klimatu łączny potencjał techniczny produkcji biometanu w Polsce oszacowano na około 8 mld m³ rocznie, natomiast potencjał wdrożeniowy, uwzględniający wielkość i koncentrację źródeł substratów w terenie, na około 4,7 mld m³ rocznie. To są znaczące wartości, ale potencjał nie oznacza jeszcze gotowego rynku. Trzeba mieć substraty, instalacje, przyłączenia, odbiorców, finansowanie, stabilne regulacje i społeczną akceptację.
Dlatego ja bym nie mówiła: „biometan za chwilę rozwiąże nam problem gazu”. Powiedziałabym raczej: biometan może być ważnym krajowym, odnawialnym paliwem, jeśli stworzymy warunki do jego produkcji i wykorzystania.
Co najbardziej hamuje rozwój biogazowni?
Kilka rzeczy naraz. Po pierwsze, ekonomika projektów. Instalacja musi mieć stabilny dostęp do substratów oraz zapewniony sposób wykorzystania lub sprzedaży wytworzonej energii elektrycznej, ciepła albo biometanu. Po drugie, procedury i przyłączenia. Po trzecie, przewidywalność wsparcia. Po czwarte, akceptacja społeczna.
Ludzie często boją się biogazowni, bo wyobrażają sobie zapach, transport i inne uciążliwości. Tych obaw nie można lekceważyć. Trzeba spokojnie tłumaczyć, co będzie wsadem, jak instalacja będzie zabezpieczona, ile będzie transportu, co dzieje się z pofermentem, kto to kontroluje i jakie korzyści ma lokalna społeczność. Jeżeli rozmowa zaczyna się dopiero wtedy, gdy inwestor ma już gotowy projekt, to często jest za późno. Społeczność powinna być włączona wcześniej.
Czyli transformacja energetyczna to nie tylko technologia?
Zdecydowanie nie. Technologia jest ważna, ale równie ważne są zaufanie, przepisy, ekonomia i lokalny kontekst. Możemy mieć bardzo dobrą technologię, ale jeśli mieszkańcy czują, że decyzję podjęto ponad ich głowami, będą protestować. I trudno im się dziwić. Transformacja musi być prowadzona z ludźmi, nie przeciwko nim. To dotyczy biogazowni, farm wiatrowych, dużej fotowoltaiki, linii przesyłowych, właściwie całej infrastruktury energetycznej.
Wspomniała Pani o farmach wiatrowych. Co z wiatrem na lądzie?
Lądowa energetyka wiatrowa pozostaje jednym z ważniejszych tematów, bo może dostarczać energię w dużej skali i relatywnie tanio. Ale w Polsce jej rozwój był przez lata ograniczany przepisami odległościowymi.
W 2025 roku dyskutowano o zmianie minimalnej odległości turbin od zabudowy mieszkaniowej z 700 do 500 metrów. Ta zmiana nie weszła jednak w życie w planowanym kształcie, ponieważ ustawa została zawetowana. W konsekwencji minimalna odległość nadal wynosi 700 metrów. To pokazuje, jak silnie energetyka jest dziś powiązana z polityką, planowaniem przestrzennym i emocjami społecznymi. Dla branży lekcja jest prosta: nie wystarczy mieć dobry projekt techniczny. Trzeba mieć także dobry proces społeczny.
Czy Pani zdaniem ludzie w Polsce są gotowi na OZE?
Myślę, że tak, ale nie na hasła. Ludzie są gotowi na konkrety. Nie chcą już słyszeć wyłącznie o „zielonej przyszłości”. Chcą wiedzieć: czy energia będzie stabilna, czy inwestycja będzie bezpieczna, czy gmina coś zyska, czy instalacja nie pogorszy jakości życia, kto ponosi odpowiedzialność, jakie są zasady. I to jest dobre. Bo transformacja energetyczna nie powinna być prowadzona językiem folderów reklamowych. Powinna być prowadzona językiem faktów, ale podanych zrozumiale.
Czyli pozytywny przekaz – tak, ale bez lukru?
Dokładnie. Ja jestem zwolenniczką optymizmu, ale optymizmu opartego na danych. Nie musimy udawać, że wszystko jest proste. Możemy powiedzieć: mamy ogromną szansę, ale trzeba ją dobrze zorganizować. Mamy szybki rozwój OZE, ale potrzebujemy sieci i magazynów. Mamy potencjał biogazu i biometanu, ale potrzebujemy regulacji, finansowania i dobrej rozmowy z gminami. Mamy nowe przepisy, ale musimy zobaczyć, jak zadziałają w praktyce. To jest optymizm pracowity. Nie naiwny.
Co powinno być najważniejsze w najbliższych dwóch–trzech latach?
Po pierwsze: przyłączenia i sieci. Bez tego wiele projektów zostanie na papierze. Po drugie: magazyny i elastyczność systemu. Musimy lepiej wykorzystywać energię wtedy, kiedy jest dostępna. Trzecia kwestia: lokalne modele energetyczne – klastry, spółdzielnie, ciepłownictwo, przemysł i samorządy – które mogą lepiej koordynować miejscowe wytwarzanie oraz zużycie energii. Dalej: biogaz jako sterowalne źródło energii elektrycznej i ciepła w skali lokalnej oraz biometan jako magazynowalne odnawialne paliwo dla sieci gazowej, przemysłu i transportu, szczególnie tam, gdzie mamy rolnictwo, przemysł spożywczy i odpady organiczne. I finalnie: stabilne prawo. Branża nie boi się wymagań, jeśli są jasne. Najtrudniejsza jest niepewność.
A jak Pani widzi Polskę za kilka lat?
Chciałabym, żebyśmy za kilka lat mówili o OZE zupełnie zwyczajnie. Nie jako o przedmiocie sporu światopoglądowego ani jako o ciekawostce, ale jako o normalnym elemencie nowoczesnej gospodarki. Widzę Polskę z większą liczbą magazynów energii, lepiej wykorzystanymi sieciami, większą rolą biogazu i biometanu, bardziej świadomymi samorządami i przemysłem, który potrafi korzystać z tańszej energii wtedy, kiedy jest jej najwięcej.
Najważniejsze, żebyśmy nie myśleli o transformacji jako o jednym wielkim projekcie\ z Warszawy. Ona będzie się dokonywać także lokalnie: w gminach, gospodarstwach, zakładach, ciepłowniach, oczyszczalniach i spółdzielniach energetycznych.
Czyli przyszłość polskiej energii może być bardziej lokalna?
Tak. I to jest bardzo dobra wiadomość. Przez lata energetyka kojarzyła się głównie z wielkimi elektrowniami i decyzjami podejmowanymi daleko od obywatela. Teraz część tej energii może powstawać bliżej ludzi: na dachach, w gminach, przy zakładach, w biogazowniach i w lokalnych źródłach ciepła. Oczywiście duży system nadal będzie potrzebny. Ale lokalne wytwarzanie i zużycie energii może w określonych warunkach ograniczać straty sieciowe, odciążać część infrastruktury, wzmacniać bezpieczeństwo, aktywizować samorządy i dawać ludziom poczucie wpływu.
Gdyby miała Pani jednym zdaniem powiedzieć, gdzie dziś jesteśmy, jak by ono brzmiało?
Powiedziałabym tak: zielona energia w Polsce wyszła z etapu obietnic i weszła w etap odpowiedzialności – teraz musimy sprawić, żeby nie tylko powstawała, ale naprawdę pracowała dla ludzi, gospodarki i bezpieczeństwa kraju.
To brzmi jak puenta całej rozmowy.
Bo rzeczywiście jesteśmy w ważnym momencie. Nie jesteśmy już na starcie. Zielona energia w Polsce nabiera rozpędu. Teraz najważniejsze jest to, żeby nadać temu rozpędowi dobry kierunek.
Rozmawial Jacek Szczęsny