Zobacz również:

Dlaczego nie wszystkie projekty OZE uzyskują finansowanie? ESG, banki i nowa ocena wiarygodności

pilara

Rozmowa z dr hab. inż. Agnieszką Pilarską, prof. UPP z Wydziału Inżynierii Środowiska i Inżynierii Mechanicznej Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

  1. Pani Agnieszko, w naszej poprzedniej rozmowie mówiła Pani, że „zieloność” OZE trzeba dziś udowodnić, a nie tylko zadeklarować. Czy właśnie od tej zdolności coraz częściej zależy już nie tylko wiarygodność projektu, ale też jego szansa na finansowanie?

Zdecydowanie tak. Bank nie finansuje już samej obietnicy „zielonego” projektu, lecz jego wiarygodność operacyjną. Oznacza to, że inwestor musi przedstawić dane, procedury, sposób zarządzania ryzykiem oraz realność przyjętych założeń. Samo określenie projektu jako „zielonego” nie jest już wystarczające. Coraz wyraźniej dostrzegamy przesunięcie od narracji do weryfikowalności. Instytucje finansowe uważniej analizują dziś ryzyka środowiskowe, społeczne i zarządcze. Projekt OZE powinien być nie tylko atrakcyjny technologicznie, lecz również przewidywalny, dobrze udokumentowany i wiarygodny z perspektywy finansowania, jednym słowem – bankowalny.

  1. Dlaczego dwa projekty OZE, które na pierwszy rzut oka wyglądają podobnie, mogą być przez bank ocenione zupełnie inaczej?

Ponieważ podobieństwo technologiczne nie oznacza jeszcze podobnego profilu ryzyka. Dwie farmy fotowoltaiczne mogą mieć zbliżoną moc i podobny model sprzedaży energii, a mimo to jedna zostanie uznana za projekt dojrzały, a druga za ryzykowny. O ocenie przesądzają kwestie mniej widowiskowe niż sama technologia, takie jak: jakość dokumentacji, status przyłączenia, struktura umów, stabilność łańcucha dostaw, plan serwisowy czy sposób zarządzania końcem życia instalacji. Ważnym czynnikiem są również ryzyka systemowe – ograniczenia sieciowe i ryzyko ograniczania generacji. Wpływa to bezpośrednio na przychody projektu i jego ocenę kredytową. Bank finansuje bowiem nie samą technologię, lecz zdolność projektu do funkcjonowania w realnym systemie.

  1. Które elementy ESG mają dziś największe znaczenie w ocenie projektu OZE – ślad środowiskowy, łańcuch dostaw, kwestie społeczne czy sposób zarządzania ryzykiem?

Wszystkie, choć nie zawsze w tej samej proporcji. W OZE szczególne znaczenie mają trzy obszary. Pierwszy to środowisko, a zatem ślad emisyjny, zużycie zasobów, trwałość komponentów, wpływ na bioróżnorodność oraz możliwość recyklingu. Drugi to łańcuch dostaw: pochodzenie komponentów, koncentracja dostaw, standardy pracy oraz ekspozycja na ryzyka geopolityczne. Trzecim obszarem jest zarządzanie rozumiane jako odpowiedzialność za dane, kontrola nad kontraktami i zdolność reagowania na odchylenia od planu. W praktyce to właśnie element zarządczy bardzo często rozstrzyga o wiarygodności pozostałych filarów. Bank może zaakceptować określone ryzyka, nie zaakceptuje jednak chaosu informacyjnego. Jeżeli nie wiadomo, kto odpowiada za dane i kto podejmuje decyzje korygujące, nawet projekt atrakcyjny technologicznie traci wiarygodność.

  1. Czy brak rzetelnych danych albo słabo udokumentowane ryzyka mogą dziś realnie podnieść koszt kapitału lub wręcz zamknąć drogę do finansowania?

Tak, ponieważ projekty OZE są kapitałochłonne i bardzo wrażliwe na warunki finansowania. Każdy wzrost kosztu kapitału istotnie wpływa na opłacalność inwestycji. W projektach, które ponoszą większość kosztów na początku, a odzyskują je w długim horyzoncie czasowym, fundamentalne znaczenie ma jakość oceny ryzyka oraz przewidywalność przyszłych przepływów pieniężnych. Jeżeli zatem inwestor nie potrafi przedstawić wiarygodnych danych, a model sprzedaży energii nie daje wystarczającej stabilności, bank dostrzega wyższe ryzyko opóźnień, sporów, wzrostu kosztów czy problemów reputacyjnych. Skutkiem jest wyższa marża, bardziej restrykcyjne warunki, dodatkowe zabezpieczenia albo niestety odmowa finansowania.

  1. Na ile o bankowalności projektu decyduje dziś przejrzystość pochodzenia komponentów i surowców, zwłaszcza w fotowoltaice i energetyce wiatrowej?

W coraz większym stopniu. Przez lata rynek koncentrował się przede wszystkim na parametrach technicznych, cenie i produktywności instalacji. Dziś bank i inwestor analizują również to, czy inwestor zna pochodzenie komponentów, rozumie strukturę łańcucha dostaw, potrafi wykazać standardy środowiskowe i społeczne dostawców oraz dysponuje planem działania na wypadek zakłóceń. W fotowoltaice i energetyce wiatrowej nie wystarczy już wiedzieć, że komponent działa. Trzeba również umieć odpowiedzieć, gdzie został wytworzony, z jakich materiałów pochodzi i jakie ryzyka wnosi do projektu. Właśnie tutaj coraz częściej przebiega granica między aktywem technicznie poprawnym a aktywem rzeczywiście finansowalnym. Ma to szczególne znaczenie tam, gdzie łańcuch dostaw jest silnie skoncentrowany, a inwestor pozostaje zależny od ograniczonej liczby dostawców lub od sytuacji na rynku surowców krytycznych.

  1. Jakie błędy inwestorzy i wykonawcy popełniają dziś najczęściej, gdy zakładają, że sam „zielony” charakter inwestycji wystarczy, by przekonać bank albo fundusz?

Najczęstszy błąd polega na traktowaniu „zieloności” jako argumentu rozstrzygającego, podczas gdy w istocie dopiero otwiera ona właściwą rozmowę. Inwestorzy nadal niekiedy zakładają, że skoro projekt wpisuje się w transformację energetyczną, to pozostałe kwestie obronią się same. Tymczasem bank nie finansuje hasła, lecz konkretny profil ryzyka i zdolność projektu do generowania stabilnych przepływów. Drugim błędem jest nazbyt ogólna komunikacja. Jeżeli przekaz wykracza poza to, co można wykazać w faktach, rośnie ryzyko regulacyjne i kontraktowe. Instytucja finansująca znacznie bardziej ufa projektowi, który komunikuje ostrożnie, ale potrafi przedstawić mocne uzasadnienie swoich deklaracji. Trzecim częstym błędem jest niedoszacowanie ryzyk przyłączeniowych i administracyjnych, bo nawet dobry projekt może stracić wiarygodność, jeśli nie ma realnego harmonogramu decyzji, pozwoleń i warunków przyłączenia.

  1. Czy Polska jest dziś gotowa na raportowanie ESG w energetyce w takim zakresie, jakiego oczekują banki, inwestorzy i partnerzy instytucjonalni?

Powiedziałabym: częściowo, ale bardzo nierówno. Kierunek zmian jest już przesądzony, bo raportowanie według nowych standardów weszło do praktyki rynkowej. Dziś problemem nie jest już sama świadomość obowiązków, lecz jakość wykonania, a więc podkreślane wcześniej rzetelne rozpoznanie tematów istotnych. W Polsce widać to szczególnie wyraźnie w sektorach kapitałochłonnych, takich jak energetyka. Firmy wiedzą już, że raportowanie jest dziś koniecznością, ale dużo słabiej radzą sobie z uporządkowaniem danych, odpowiedzialności i kontroli wewnętrznych oraz z przełożeniem ujawnień na realne decyzje. Z perspektywy banku raport nie może być osobnym materiałem wizerunkowym. Musi być częścią systemu zarządzania ryzykiem. Istotne staje się przy tym nie tylko samo ujawnienie danych, ale także możliwość ich prześledzenia, porównania i weryfikacji.

  1. Gdzie w praktyce widać największe braki – w danych, procedurach, kompetencjach czy
    w samym rozumieniu, po co ESG jest dziś potrzebne przy finansowaniu?

Największa luka pojawia się zwykle nie na poziomie deklaracji, lecz w przełożeniu ESG na codzienne procesy zarządcze. Wiele organizacji nadal zbyt słabo radzi sobie z kwestiami operacyjnymi: pochodzeniem danych, odpowiedzialnością za nie, sposobem ich weryfikacji oraz ich powiązaniem z oceną ryzyka kredytowego, kontraktowego czy operacyjnego. Chodzi także o zbudowanie jasnej ścieżki odpowiedzialności za dane – od ich pozyskania, przez weryfikację, aż po wykorzystanie w decyzjach zarządczych i finansowych. Sam opis wpływu projektu na otoczenie to za mało. Trzeba jeszcze pokazać, jak czynniki środowiskowe, społeczne i zarządcze przekładają się na sytuację finansową i decyzje biznesowe. Jeżeli spółka nie potrafi tego uchwycić, raportowanie pozostaje opisem, zamiast stać się narzędziem zarządczym.

  1. Jaką rolę w decyzjach finansowych zaczyna odgrywać etap końca życia instalacji, czyli demontaż, recykling, odpowiedzialność za odpady i realne koszty zamknięcia projektu?

Coraz większą, ponieważ bank patrzy dziś na projekt w całym cyklu życia, a nie wyłącznie do momentu jego uruchomienia. Jeżeli nie wiadomo, kto poniesie koszty demontażu, w jaki sposób będzie przebiegał odzysk materiałów oraz jakie obowiązki pozostaną po zakończeniu eksploatacji, oznacza to, że część ryzyka została jedynie odsunięta w czasie. Dlatego dojrzały projekt OZE powinien dziś umieć odpowiedzieć nie tylko na pytanie, jak rozpocznie funkcjonowanie, lecz także w jaki sposób odpowiedzialnie je zakończy. Etap końca życia instalacji staje się jednym z rzeczywistych testów jakości projektu. Nie jest to już temat odległy, ponieważ wraz z rozwojem fotowoltaiki i energetyki wiatrowej rośnie także skala przyszłych odpadów oraz presja na odzysk surowców i materiałów.

  1. Gdyby miała Pani wskazać jeden praktyczny test, po którym od razu widać, że projekt OZE jest naprawdę gotowy do rozmowy z bankiem, co byłoby tym pierwszym sygnałem?

Zwróciłabym uwagę na jedną zasadniczą kwestię, mianowicie czy projekt można obronić bez odwoływania się do języka marketingu. Jeżeli inwestor potrafi spokojnie przedstawić pochodzenie komponentów, strukturę ryzyk, założenia finansowe, status przyłączenia, jakość danych środowiskowych, relacje z otoczeniem oraz plan końca życia instalacji, to znaczy, że rozmawia z bankiem językiem projektu, a nie językiem promocji. To jest dziś podstawowa granica. Projekt gotowy do finansowania nie sprzedaje obietnicy, lecz przedstawia twarde podstawy: dane, odpowiedzialności, kontrakty, scenariusze oraz mechanizmy kontroli.

Rozmawiał Jacek Szczęsny

Ekorynek TV