Nowe prawo o OZE: oryginalna droga na manowce

Rząd i organizacje pozarządowe mają zupełnie odmienne oceny przyszłości energetyki odnawialnej w Polsce.

Nasza droga do OZE nie ma być naśladowcza, ale przeskakiwać pewne etapy, być inna –zdeterminowana w oparciu o mechanizmy rynkowe, prosumencka. Tak mówił wicepremier Janusz Piechociński, otwierając zorganizowaną przez Ministerstwo Gospodarki konferencję. Warto z uwagi na wypowiedzi jej uczestników przytoczyć jej tytuł: Odnawialne źródła energii szansą dla Polski. Szansą ‒ ale na co?

Rządowo-prezydencka walka z wiatrakami

Ustawa o odnawialnych źródłach energii, a ściślej jej projekt, podobnie jak drugi prezydencki dotyczący krajobrazu, to oficjalne wyznaczanie kierunków dla tych szans. W konferencji brali udział zarówno przedstawiciele decydentów: Ministerstwa Gospodarki, Ministerstwa Środowiska, Kancelarii Prezydenta czy Urzędu Regulacji Energetyki, jak i reprezentanci pozarządowych organizacji takich, jak Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej, Stowarzyszenie Energetyki Odnawialnej czy Stowarzyszenie Gmin Przyjaznych Energetyce Odnawialnej. Teoretycznie, wszyscy mówili o tym samym, ale nieodparte było wrażenie, że chodzi o dwie zupełnie różne sprawy.

Na samym początku dyskusji na cenzurowanym znalazła się energetyka wiatrowa. Minister Stanisław Gawłowski z resortu środowiska, mówiąc o wpływie rozwoju OZE na naturę, przytoczył główne zarzuty. Hałas, ingerencja w krajobraz, spadek cen nieruchomości przy fermach wiatrowych. Sugerowany negatywny wpływ na życie i zdrowie ludzi. Wspomniał także o europejskiej konwencji krajobrazowej i prezydenckim projekcie, który wypełnia jej warunki.

Taka gmina czyli wiatraki mielą dobrobyt

Kiedy Leszek Kuliński, prezes SGPEO, wójt gminy Kobylinica, na której terenie znajduje się, kilkadziesiąt siłowni wiatrowych mówił o dochodach dla gminy oraz o licznych możliwych dzięki temu inwestycjach, wzroście cen nieruchomości i o tym, że gmina znajduje obecnie w czołówce najbogatszych, miało się wrażenie, że niby mówi o tym samym, ale...

Ministrowi Jerzemu Pietrewiczowi z resortu gospodarki bliska jest rządowa doktryna: Polska węglem stoi. Miks energetyczny to raczej węgiel i gaz łupkowy, ale tego drugiego na razie nie ma. Nie ukrywał, że nasz węgiel jest względnie drogi, a kopalnie na krawędzi opłacalności. Uznał jednak, że to wynik tego, iż Stany Zjednoczone wyprzedają swój węgiel, stąd spadek cen, ponieważ rozwijają dynamicznie energetykę w oparciu o gaz łupkowy. Dodał również, że należy oczekiwać, iż sytuacja się zmieni. Ceny pójdą w górę. Stwierdził jeszcze, że nie znajdziemy tańszej energii niż ta pochodząca z węgla brunatnego i kamiennego.

Nie będzie Niemiec prądu słał

Na pytanie, wcale nie futurystyczne, jak się obronimy, biorąc pod uwagę niedobory energii, przed tańszą zza naszej zachodniej granicy, przedstawiciel URE uznał, że to straszenie i nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Poza tym pojawił się istotny argument o niebezpieczeństwach związanych z niestabilnymi źródłami energii, jakimi są fotowoltaika czy energia wiatrowa.

To chyba kluczowa, jeśli chodzi o podejście polityków, kwestia. Kłopoty operatorów, nieprzygotowana sieć przesyłowa, brak możliwości magazynowania energii. Rozwiązaniem jest energetyka gazowa, z uwagi na to, że uruchomienie jej bloków przy nagłym spadku energii z innych, czytaj: niestabilnych, źródeł jest szybkie.
To oczywiście prawda. Czy to jednak oznacza, że nie powinniśmy rozwijać alternatywnych źródeł energii? Odpowiedź oficjalna brzmiałaby zapewne, że nie. Wszak mamy projekt nowej ustawy o odnawialnych źródłach energii, dlaczego więc przedstawiciele wspomnianych na wstępie organizacji pozarządowych uważają, że nie tylko nie przyczyni się ona do rozwoju OZE, ale wręcz go zahamuje?

Powiedzmy w końcu, że król jest nagi

Odejście od certyfikatów dla wytwórców, przejście, możliwe w perspektywie powiedzmy dwóch lat na taryfy stałe przydzielane producentom na aukcjach, to zdaniem rządzących ukłon w stronę inwestorów. W opinii organizacji pozarządowych jednak przeciwnie, spowolnienie lub wręcz zahamowanie inwestycji. Przystąpią do nich, czy też będą mogli je zrealizować tylko obecni na rynku gracze; dla nowych miejsca zabraknie. W tym przypadku nawet formalne zniesienie wymagań dotyczących prowadzenia działalności gospodarczej by móc oddawać nadwyżki do sieci, co dotyczy oczywiście małych źródeł energii, nie jest tak prosumenckie jakby się wydawało.

Zupełnie jak nie z tej bajki zabrzmiały słowa Włodzimierza Ehrenhalta z SEO, który wyliczył pożytki płynące z rozwoju OZE. Demonopolizacja rynku, małe podmioty, wielu inwestorów, wymuszanie nowoczesnych rozwiązań, inteligentne systemy energii rozproszonej.

Opinia przedstawicieli organizacji pozarządowych na temat projektu nowej ustawy jest dość zbieżna. Jeżeli ma to być jakiekolwiek, ale nowe prawo związane z OZE, to może lepiej by było powiedzieć to wprost – nie chcemy ich rozwijać. W istocie, bowiem jedynie współspalanie to jedyny ukłon w stronę OZE. Nie ma jednak zapisów o możliwości wprowadzania biogazu do sieci, i osady pościekowe nadal nie są uważane za biomasę. Jednym słowem niby nowe prawo, a jakby krok do tyłu. Ale nasz własny, nie naśladowczy.

Joanna Kosmalska